Norwegia oczami kierowcy. Dajcie mi znów te zakręty, OK? 

To, że lubimy jeździć samochodem – wiecie. To, że lubimy jeździć po krętych drogach również nie jest tajemnicą. Tak jak i to, że po to mamy samochód z napędem na tył, by czasem rzucić „dupką”. Uprzedzając pytanie, z boksem dachowym też się da. 

I tu dochodzimy, tudzież dojeżdżamy do Norwegii. Czy jest tam jak pojeździć? Czy ograniczenia „zabijają” przyjemność? Powiem tak, jedyne co może zabić przyjemność to… ceny paliwa. Ale jeżeli to pominiemy i nie będziemy o tym rozmyślać, bo że jest drogo już ustaliliśmy TUTAJ, to… odpowiedzi są tylko pozytywne. 

Grzecz(sz)ni norwescy kierowcy

Zacznijmy od mandatów. Tanio nie jest i raczej będzie jeszcze drożej. Choć nie sprawdzałem na sobie. Chyba, że jeszcze o czymś nie wiem. Tak czy inaczej, znacie w Polsce kierowcę, który nie przekracza nigdy prędkości? Ja nie znam. Możemy sobie czarować, że jest inaczej, ale… 

Gdy przed wyjazdem do Norwegii czytałem o tym jak się jeździ po Norwegii rysował mi się pejzaż płynnego, lecz powolnego poruszania, z dużym szacunkiem do innego kierowcy. Być może to my trafialiśmy na Polaków na norweskich blachach, ale… Ten obraz dość szybko został ochlapany błotem z przemykającego dość dynamiczne Volvo. Albo innej Tesli. Ewentualnie busa. Sorry, najwolniej to jeżdżą turyści.

Żeby Wam uzmysłowić jaka jest cena zbyt szybkiej jazdy. Jeżeli na ograniczeniu polecicie do 5 km/h za szybko i zostaniecie na tym złapani to czeka Was mandat na poziomie 1100 NOK, tj. około 470 zł. Ale już do 10 km/h więcej niż wskazują znaki mamy 3000 NOK (prawie 1300 zł). Innymi słowy, im więcej wskaże Wasz licznik ponad ograniczenie, tym portfel będzie szczuplejszy. I to znacząco. Co ciekawe, jak na „sześćdziesiątce” polecicie jakieś 90 km/h to możecie pomachać dokumentom i poszukać roweru. Ogólnie, prawko jest dość łatwo stracić. 

Natomiast, fakty są takie, że lokalsi wiedzą, gdzie można docisnąć, gdzie raczej nikt nie stoi z radarem. A fotoradary są oznaczone, tak jak i odcinkowe pomiary prędkości. 

Czy jest dużo kontroli? Cóż… Panów z radarem widzieliśmy raz. Lało strasznie, wjeżdżaliśmy do kolejnej wioski, zacząłem zwalniać, a w oddali, na podjeździe jakiegoś domu zobaczyłem radiowóz. Gdy się zbliżyliśmy jeden z policjantów, który wyglądał na bardzo zmęczonego życiem nalewał sobie jakiś trunek do kubka z termosu (jestem pełen wiary, że była to herbata), a drugi sprawdzał jak szybko jedziemy. Panowie byli ustawieni pod wiatą przystanku autobusowego, co by im było komfortowo. I tyle.

Kamperowa zmora i niedzielni podróżnicy

OK, to już wiecie, że mandaty są drogie. Ale przecież nikt nie zamierza łamać przepisów. No chyba, że szlag Was trafi jadąc za kolejnym kamperem. Wspomniałem, chwilę wcześniej, że najgorsi są zawsze turyści. 

No cóż, jestem wyrozumiały. Do momentu, gdy kierowca kampera przede mną nie zaczyna czuć się jak Fernando Alonso i nie zaczyna wężykować. Jak on chce być Alonso, to ja jestem jednak fanem Lewisa Hamiltona.

via GIPHY

Ale nie chcę też skończyć jak Robert Kubica. Zatem, w miarę możliwości staram się takich kierowców wyprzedzać. I tu trzeba podkreślić, że jest sporo kierowców, którzy, gdy mają możliwość, robią miejsce na bezpieczne wyprzedzanie. Wszakże to nic fajnego blokować ruch. Choć ewidentne wielu kierowców to lubi. I nie ma większego znaczenia skąd jest kierowca… 

Kampery to jedno, co innego kierowcy, którzy po prostu boją się drogi, na jakiej się znaleźli. Nie jestem Colinem McRae, ale zdecydowanie identyfikuję się z jego słowami: „Proste są dla szybkich samochodów. Zakręty – dla szybkich kierowców”. 

via GIPHY

Na myśl przychodzą mi 3 sytuacje. Pierwsza, gdy jechaliśmy Drogą Orłów w dół kierowca nowiutkiego Mercedesa co chwilę hamował. A że to był ciężki SUV po kolejnym zakręcie zacząłem się mocno martwić jego hamulcami. Możecie wierzyć lub nie, ale hamowanie silnikiem, wcześniejsze dostosowanie prędkości, zaglądanie w zakręty są bezpieczniejsze.

Druga sytuacja to seria dynamicznych zakrętów i pani jadąca środkiem równiutkiej drogi. I gdyby to był Mercedes, rozumiałbym że używa celowniczka. Każdy lubi trochę zabawy. Lecz to był Fiat 500. Stwarzała zagrożenie dla kierowców jadących z naprzeciwka, jak i dla purpurowego BMW jadącego za nią.

via GIPHY

I trzecia sytuacja, jechaliśmy wzdłuż fiordu, droga delikatnie kręta, ale z niezłą widocznością, szczególnie z momentami, gdy można było zajrzeć na kilka zakrętów do przodu. Przed nami ciężarówka i elektryczny hyundai, który od dobrych 5 km wychyla się i waha – wyprzedzać, nie wyprzedzać. Może kończył mu się prąd? Tak czy inaczej, potęga diesla wygrała. Nigdy nie zachęcam do manewru wyprzedzania, jeżeli nie jest się pewnym swoich umiejętności, ale takie wychylanie jest irytujące i niebezpieczne. Ostatecznie został za ciężarówką, a my wykorzystaliśmy fragment doskonałej widoczności. 

Czy popularne drogi są wymagające?

Nie. Jeżeli ktoś jeździł trochę po górach, tak w Polsce, jak i poza nią to te najpopularniejsze trasy nie są trudne ani dla samochodu, ani dla kierowcy. Nawierzchnia jest na ogół dobra lub bardzo dobra. Raczej sporadycznie zdarzają się duże uszczerbki w asfalcie. W końcu to nie Łódź, gdzie na sportowym zawieszeniu trzeba mieć opanowane slalomy. 

Zazwyczaj jest dość szeroko, choć oczywiście warto zachować czujność, bo może się zza zakrętu wyłonić autokar i jakoś należałoby się pomieścić. Widzieliśmy, że niejedna barierka była przytarta i to zapewne efekt złej oceny prędkości lub gabarytów pojazdu. 

I trzeba uważać na jeszcze jedną rzecz. Gdy jesteś w okolicy punktów widokowych licz się z tym, że kierowca przed Tobą nagle odpali hamulce, bo zobaczy miejsce idealne do zatrzymania. Takie zachowania to nie jest domena demonizowanych polskich kierowców. Tak robią też inni 😉 .

Zarazem, jest mnóstwo dróg, które po prostu dają radość. W sumie każdy przejazd, może prócz pierwszej trasy z promu do noclegu nieopodal Drogi Atlantyckiej, był ciekawy. Zdarzały się momenty, gdzie można było się bardzo fajnie pobawić samochodem, zdarzały się też miejsca, gdzie mijanki były mocno stykowe. Tu mógłbym pozdrowić kierowcę, który nie zdecydował się poczekać aż przejedziemy przed zatoczką, gdy wjeżdżaliśmy na platformę Stegastein (tzn. nie dosłownie, na parking obok 😀 ). Składanie lusterek, koła z prawej strony na spadku, ale pomieściliśmy się. Na tej samej drodze beczka, chodzi o typ mercedesa, a nie o kierowcę z Niemiec (choć… 😀 ), chciał nas wyprzedzić, bo myślał, że hobbystycznie zjechałem na mijankę. Oj, wyobraźnia, wyobraźnia. Dopiero na rąbnięcie trąbnięcie zorientował się, że z drugiej strony to jedzie całkiem okazały dostawczak. 

Najwięcej emocji dał odcinek drogi Fv632 pomiędzy Suldalsosen a Jøsenfjorden. Mokro, szaro, ciasno i duuuuuużo zakrętów, za którymi nie wiesz co dalej. Redukcja, gaz, odcięcie, i jesteśmy w kolejnym zakręcie. Nie da się tego lepiej opisać. Trochę pojeździliśmy w różnych warunkach, ale tam do tej pory bawiłem się najlepiej. 

Co mnie zdziwiło? 

Trzy rzeczy. Jedna wręcz wściekła. Ale po kolei. Po pierwsze, auto z wędkami. To był Ford Kuga, który z przodu miał stelaż na wędki. On sobie z nimi tak jechał, wyglądały jak wielkie anteny. Tak zupełnie szczerze, nie wyglądało to najbezpieczniej. I na pewno nie poprawiało widoczności. 

Druga sprawa to… że jazda tunelami może spowszednieć. Ileż można? Droga, tunel, droga, tunel, droga, tunel. I tak ciągle. Choć tyle, że można w nich wyprzedzać. No i fajne są te kręte, gdzie jedziesz jakimś ślimakiem i w sumie to nie wiesz, co Cię spotka za chwilę, bo przecież przez ściany nic nie widać.  

No i trzecia sprawa. GDZIE SĄ MYJNIE RĘCZNE?! Widzieliśmy jedną. JEDNĄ. I w sumie się nie dziwię, że stało na niej Ferrari i Porsche. Może to jedyna w całej Norwegii? 😉 Lubię mieć czyste auto, ale… w tym przypadku umyłem dopiero w Polsce. Po powrocie, następnego dnia. Koszmar. 

Co bardzo polubiłem? 

W Skandynawii, nie tylko w samej Norwegii, zauważyłem, że ludzie mają duży szacunek do samochodów. Szczególnie, jeżeli masz coś zadbanego, trochę innego. 

Przyjemnie było zamienić kilka zdań z chłopakami, którzy kręcili się przy Purpurowej na parkingu pod skansenem w Alesund. Choć dziwnie wyglądało jak z daleka macali lakier i sprawdzali czy to folia. Sympatyczne było zrównanie się na autostradzie pomodzonej BMW M3 E90 i pokazane OKejki oraz… nagrywanie nas smartfonem przez partnerkę kierowcy. 

Bardzo fajna była reakcja kierowy autokaru, który na krętym zjeździe z Dalsnibby przyhamował ruch, by nas puścić, bo widział, że chcemy się trochę pobawić. Dzięki temu lecieliśmy na sam dół bez towarzystwa i można było zarzucić pupcią. 

Super były reakcje ekipy starszych Norwegów, których w ich Porsche cisnęliśmy na Drodze Trolli. Pod górę absolutnie nie odstawaliśmy, a mocy dużo mniej. Efekt taki, że na szczycie dookoła naszej leciwej Beemeki ustawiło się kilka “prosiaków”, a kierowcy z uśmiechem zagadywali nas o samochód. Swój swego zawsze zrozumie i uszanuje. 

I to jest piękne w każdym roadtripie. A już niebawem kolejny rozdział #kopaninaONtour!

Jeśli macie ochotę, możecie nas wesprzeć stawiając nam wirtualną kawę. Tym sposobem wspieracie tworzenie kolejnych przydatnych treści.

Postaw mi kawę na buycoffee.to
2 komentarzy Dodaj swój
  1. Jakiś czas temu odwiedziliśmy Norwegię. Przejechalismy ponad 3500 tys km maszym domem na kółkach. Spaliśmy na różnych kempingach, których w Norwegii nie brakuje I nie ma potrzeby wcześniejszej rezerwacji. Na prawie kazdym można zatrzymać się o każdej porze dnia I nocy, a rano uiścić opłatę. Każdy kemping jest bardzo dobrze wyposażony w prysznice,toalety i kuchnię.

    1. Cześć 🙂 Również widzieliśmy po drodze mnóstwo kempingów, nie powinno być tam problemu z noclegiem. My akurat z nich tym razem nie korzystaliśmy, ale zdecydowanie dało się zauważyć jak bardzo są to popularne miejsca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.