Wyzwanie: początek

Życie pisze scenariusze, których nigdy byśmy nie zakładali. Tak jest z nami. Pisałem o nowym wyzwaniu, ale nie zdradzałem w czym rzecz. Dziś jest dobry dzień, by to wyjaśnić.

Otóż, przez blisko dwa lata R. była w domu. Najpierw ciąża, później macierzyński, aż w końcu zaległy urlop. To był super czas, także dlatego, że dużo pracuję w domu, tudzież tam gdzie mam komputer i telefon. Liczyliśmy, iż pewne sprawy poukładają się trochę inaczej i może w ogóle R. nie będzie wracać do pracy. Niestety, dziś ten dzień nastał, i choć wiedzieliśmy, iż nadchodzi od dwóch miesięcy to jednak… to minęło błyskawicznie.

W taki oto sposób zostałem w domu z Młodym i Odim, naszym kochanym niepsem, obecnie „bratem” Tymka i jego najlepszą opiekunką.

Spytacie czemu nie żłobek? Cóż, co prawda T. dostał się, co ponoć nawet w naszej pięknoszarej Łodzi nie jest oczywiste, ale doszliśmy do wniosku, że skoro ja pracuję w domu to czemu mielibyśmy nie podjąć wyzwania. OK, w sumie to była moja decyzja. To znaczy R., racjonalnie, zostawiła mi ją do podjęcia. Bo ponoć to szaleństwo.

Mija pierwszy dzień, jest nieźle. Mnie się udało sporo popracować, zrobić pranie, odkurzanie, nakarmić Dziecia, Odiego i nawet siebie. Ba, wypiłem trzy CIEPŁE kawy. Byliśmy też na spacerze w Łagiewnikach, gdzie znalazłem TO:

Będzie do jajecznicy na kolację. Aha, o tyle jest to wszystko istotne, iż przez kilka dni zostałem sam, bo R. się szkoli w nowej firmie. Tęsknimy, ale ogarniamy. Ponoć jak zawsze.

Co by jednak nie mówić, żeby ogarnąć moją małą ferajnę, trzeba dobrej organizacji czasu. I pomyśleć, że kiedyś nie miałem pojęcia co to… Jak to życie zaskakuje i się zmienia.

Aha, co by za łatwo nie było to Młodemu idą zęby. Górna trójka się wyżyna, a dolne ustawiają w kanaliki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *